czwartek, 27 września 2012

O edukacji i adaptacji...

No to się zaczęło. . .
Po ponad trzyletniej domowej labie, podrasowanej babciną miłością, Potwór nasz jedyny i najwspanialszy wpadł w wir edukacji :)

Pierwsze dni nie były łatwe... Trzy absolutnie melodramatyczne rozstania z tatą w przedszkolnej szatni pokroiły rodzicom serca. . .

Jakżą ulgę przyniósł dzień czwarty, kiedy to przez całkowity przypadek okazało się, że szatniowe melodramaty zasługują na Oskara. . .  Krokodyle łzy wysychają bowiem w minutę po wejściu do sali, a przenikający krzyk ustępuje zwyczajowemu słowotokowi. . .

I serca rodziców zaczęły się zabliźniać ;)

Kolejne dni obfitowały w kolejne ciosy, okazało się bowiem, że przedszkolak - świeżak, zamiast rzucać się na szyję umordowanej, niemal sapiącej z pośpiechu matce, krzyczy z drugiego końca sali: "Mamo! Ale ja jesce nie idę, jesce się pobawię, co??"

Przedszkolak się zaadaptował. Czas na mamę... jeszcze kilka dni, i zamiast gnać z jęzorem na wierzchu do przedszkola, usiądzie na moment po pracy, napije się kawy, złapie oddech a potem podąży z uśmiechem po jeszcze bardziej uśmiechniętego świeżaka - przedszkolaka :))



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz