piątek, 30 marca 2012

O Taszy w lesie....

Szanowni Państwo, przed Państwem dzieło najwyższej klasy!

To jeden z pierwszych, malarskich wyczynów artystki. Obraz powstał w marcu 2012 roku.
Fantastyczne nawiązanie do światowych klasyków, na pierwszy rzut oka widać fascynację Chagallem i Van Goghiem, nie sposób przeoczyć nawiązań do sztuki Picassa.

Przed Państwem - "Tasza w lesie w okularach słonecznych".



Elements: happyvalentinesday - Small Wingles Shop
Photo by mama

piątek, 16 marca 2012

O tym, że nieładnie innym w pracy przeszkadzać ;)

Mamowo-Julowe, kąpielowe dialogi na cztery nogi:


- Julaaa. . . wiesz, że mama Cię kocha??
- yhmmmm. . . (J. obsesyjnie mydli ręce)
- Julaaa. . . a wiesz jak mocno??
- yhmmm. . . (mydli. . .)
- jak stąd do nieba i z powrotem, wiesz?
- wiem, wiem. . . ale mamo, ja nie moge telaś lozmawiać... ziajenta jestem.

niedziela, 11 marca 2012

O tym, jak minęły ferie.

Zimowy post okolicznościowy, feriowy czy feryjny (zwał jak zwał) nie chciał się jakoś napisać. . .
weny jakoś brak. . . tłumaczę sobie to tym, że absolutna jej całość została zużyta do przygotowywania  superekologicznych bulionów i vegety;) Tak, tak, dobrze czytacie!  Glutaminianie - drżyj!!!
I pomimo tego, że brzmi to wszystko raczej absurdalnie, stało się - ekomamy baczność! Konkurencja nadchodzi ;)
Pewnie nigdy w życiu bym się za to nie zabrała, ale po pierwsze - dla Potwora wszystko, po drugie - z przyjaciółką wszystko, po trzecie - przepis był naprawdę zachęcająco banalny. Udało się, bulion wołowy i drobiowy powalają aromatem a zdrowa vegeta smakuje całkiem jak ta mniej zdrowa:)


Ale wróćmy do ferii. W telegraficznym skrócie - było mega zimno na dworze i mega ciepło w domu.
Na dworze, bo nawiedziły nas minus cholerawie ilu stopniowe mrozy, w domu, bo w Olszynach zawsze ciepło (i nie ma z tym nic wspólnego ogrzewanie).
Agata, Marek, Igor, Madzia, Paweł - kochamy Was i dziękujemy! Całą resztę Olszyn całujemy! Przyjedziemy zaś!!!
A najepiej jakbyśmy się tam gdzieś do Was przeprowadzili. O! :)





                                                 photos by Madzia:)

sobota, 10 marca 2012

O sztuce przez duże "S"

   Dzisiaj zamiast słów obrazy i dźwięki... Zapraszamy na wystawę i na występ :)

O pewnym małym misiu... Bajka dla Ciebie - luty 2012

W zielonym lesie, na cudnej słonecznej polanie stał śliczny drewniany domek. Za domkiem rozlegał się zapierający dech w piersiach widok na lazurowe jezioro. Wokół rosło mnóstwo kolorowych kwiatów, krzaczków pełnych soczystych jagód i malin oraz aromatycznych ziół.


W drewnianym domku mieszkali Pan Miś i Pani Misiowa.
Byli bardzo szczęśliwi, mieli swój śliczny domek, wielu przyjaciół, ale przede wszystkim baaardzo się kochali.


Mieli też jedno wielkie marzenie - żeby w ich życiu pojawił się mały kochany Miś.


Pan Miś i Pani Misiowa radośnie i cierpliwe czekali na dzień, kiedy w brzuszku misiowej mamy zamieszka mały lokator. Jednak pomimo upływu kolejnych dni, tygodni, miesięcy, mały Misio nie pojawiał się na świecie. . .


Pan Miś i Pani Misiowa nieco posmutnieli, nie potrafili pogodzić się z tym, że ich rodzina się nie powiększa - przecież tak bardzo tego pragnęli! Tak bardzo się starali! Tak bardzo chcieli pokochać małego Misia!


Ich pragnienie było tak wielkie, że postanowili poszukać pomocy. Udali się do najlepszego lekarza w lesie - profesora Sowy. Profesor Sowa wysłuchał spokojnie ich historii, podrapał się w swą mądrą głowę i rzekł:
- Dobrze, że Państwo do mnie przyszli, zrobię wszystko żeby Wam pomóc! Tutaj macie spis zaleceń, przestrzegajcie ich, mam nadzieję, że wkrótce doczekacie się małego MIsia!


Pan Miś i Pani Misiowa wracali do domu z radością, byli pełni nadziei, czuli że zbliżają się do spełnia swojego największego marzenia!


Niestety. . . Mijały kolejne miesiące, w lesie rodziło się mnóstwo małych zwierzątek: mała Sarenka, mały Zajączek, mały Krecik, ale ciągle nie pojawiał się mały Misio. . .


Po kilku kolejnych wschodach i zachodach słońca Pani Misiowa powiedziała:
- Kochany Misiu, cała nadzieja w profesorze Sowie, musimy pójść do niego raz jeszcze. . .


Profesor Sowa zobaczywszy po raz kolejny Państwa Misiów posmutniał, wiedział jak bardzo cierpią, czekając na ukochane maleństwo. Zbadał dokładnie Panią Misiową i Pana Misia, wziął najgrubszą i najmądrzejszą ze wszystkich swoich książek i zaczął ją przeglądać.
Trwało to długo, a im dłużej to trwało tym bardziej Profesor drapał się po swojej mądrej głowie. W pewnej chwili zamknął książkę i powiedział:
- Wiem już jak Wam pomóc!
I wytłumaczył Państwu Misiom wszystko co przeczytał w mądrej książce. Ich buzie jaśniały z każdym jego słowem a smutek ustępował miejsca nadziei. . .


Po kilku dniach, zgodnie z zaleceniem Profesora Sowy, Pan Miś i Pani Misiowa przybyli do leśnego szpitala. Ich serca przepełniała radość, bowiem przyszli tam po małego Misia!
Pani Misiowa położyła się na wygodnym hamaku a Pan Miś trzymał ją za łapkę i ciepło się uśmiechał. Profesor poprosił rodziców o magiczne nasionka - jedno od Taty Misia, jedno od Misiowej Mamy i połączył je. Chwilkę później włożył mamie do brzuszka najcenniejszą kruszynkę na świecie. . .


Tego dnia mały Misio zamieszkał w brzuszku swojej Mamy. Jego rodzice czekali na niego, kochając go z dnia na dzień coraz bardziej! Mama śpiewała mu kołysanki a Tata czule głaskał jej rosnący brzuszek.


Po kilku miesiącach na świecie pojawił się najwspanialszy, najsłodszy i najbardziej wyczekiwany mały Miś! Radość w domu Misiów była tak wielka, że nie da się jej wyrazić słowami!


Spoglądając do kołyski, Mama i Tata Miś myśleli często, jak trudna była ich droga do szczęścia. Byli dumni, że pokonali wszystkie przeciwności i spełnili swoje największe marzenie - marzenie o miłości, miłości do najwspanialszego, najbardziej wyczekiwanego na świecie i najukochańszego małego Misia.

 


O tym, co słychać zimową porą - styczeń 2012

A wydawało mi się, że całkiem niedawno coś tutaj pisałam... Wstyd mnie ogarnął nieziemski...

Dzisiaj garść zimowych konkretów.

Zbliżały się święta... w ramach magicznych przedświątecznych przygotowań:
- Poszerzyłyśmy Twój estradowy repertuar o jedną kolędę, jedną zimową piosenkę i najkrótszy wierszyk świata - o bałwanku.
- Posprzątałyśmy chałupę (magia świąt, taaaa...). Dla ścisłości - matka sprzątała, Ty kochanie wywracałaś sprzątaną aktualnie część domu do góry nogami.
- Popiekłyśmy ciasteczka korzenne, pierniki i piernik.  Następnie co popieczone...
- Polukrowałyśmy - mama strasznie się z tym zawsze paćka, magia trwa pierwsze pięć pierników, przy 7. zupełnie się o niej zapomina, przy 70. klnie się w duchu i składa przysięgę, że to ostatni raz. Za to efekty urocze - od dzieł godnych Picassa (talent Twój - córko moja - docenią jedynie koneserzy...) do całkiem udanego hello kitty, przez całą masę aniołków, serduszek, misiów i tym podobnych świątecznych cudów.
- Przygotowałyśmy poczęstunek dla "Świętowego Mikołaja" - było ciepłe mleczko i pyszne pierniczki:) Mikołaj wsunął wszystko co zostawiłyśmy mu na parapecie, w zamian
zostawił cuuudny prezent - piżamkę z hello kitty! Piżamkę, której już podczas "pierwszego ubrania" wyznałaś miłość :)
- Upiekłyśmy zasługujące na oddzielny punkt domowe lubisie (to w ramach pracy nad byciem matką idealną;) ) Tata zjeździł pół województwa szukając odpowiednich form,
mama piekła, nadziewała, malowała pyszczki, brzuszki i co tam jeszcze misiek ma. Twoja wdzięczność ograniczyła się do szczerości - "Mama! niedoble!!!"
- Ustroiłyśmy choinkę - w tym roku tonie w suszonych pomarańczach, limonkach, cynamonie i piernikach. Wśród nich pięć bombek wglądających jak pół przysłowiowej d... zza krzaka - no cóż, dziecku się nie odmawia;) Na szczęście po dowieszeniu kolejnych kilkunastu całość zaprezentowała się nadspodziewanie dobrze :) Magia strojenia choinki byłaby większa, gdyby nie uczulenie mamy na choinkowe soki (ałaaaaa) oraz wiele, baaardzo wiele obrzydliwych białych robali, które zamieszkały w puszce z piernikami z zeszłorocznej choinki (jak mogłam wpaść na pomysł, żeby je schować?!?!).
- Okiełznałyśy karpie - sztuk 4. Kpiły sobie ze mnie i szalały nieziemsko pomimo faktu, że teoretycznie były nieżywe. Tego dnia na obiad była pizza (dziadek
przywiózł te żywe trupy, kiedy właśnie zaczynałam gotować...) Nie tknęłam potworów zanim nie stały się porządnie nieżywe... No dobra, prawie wcale ich nie tknęłam, okiełznał je tata...


Warto było! Było cudnie! Choinka, prezenty, spotkania z bliskimi, Twoja ogromna radość - prawdziwa, dziecięca magia świąt!




 



Święta skończyły się zaraz po tym, jak się zaczęły... Na szczęście po nich mieliśmy zaplanowane kolejne atrakcje - najpierw wypad do cioci Agaty, potem Sylwestrowe szaleństwo w górach.

Do cioci Agaty dotarłyśmy z opóźnieniem, natomiast Sylwestra udało nam się zaliczyć w terminie :) I to jak zaliczyć! :)
Towarzystwo było wyśmienite, śnieg spadł na zamówienie ("Mamo! źnaleźliśmy zime!!!!" Widziś???), a Ty kochanie zaliczyłaś pierwszy prawdziwy ślizg na nartach!